Odkąd TO się stało, czuję się kłak. Przed oczami pojawia mi się wciąż sylwetka Zoey, widzę jej oczy - to mnie dopiero przytłacza. Czuję jej wzrok na sobie, jakby błagała o to abym ja podjął decyzję. Ale nie, ona już z chwilą gdy poczuła uścisk na szyi, podjęła decyzję. Chciałbym być na jej miejscu. Zamiast tego trzymałem cholerną mapę w dłoni, miętoliłem ją kłócąc się z własnymi myślami. Co to za mapa, gdy nie wiesz gdzie nawet masz iść? Byłem normalnym człowiekiem, jedyne czym się różniłem od innych - to to, że byłem odporny, chociaż....Może nie byłem jedyny? W myślach łudziłem się, żeby tak właśnie było. Nie chciałem być zależny tylko od tego, że posiadam lekarstwo na te przykrości które spotkały dobrych ludzi, i moich bliskich.
TA "WOJNA" ODEBRAŁA NAM WSZYSTKO
I mimo że proszę Boga by było inaczej, to i tak nikt tego nie słyszy. Powoli wątpię, czy ktoś czuwa nad ludzkością. Może to naprawdę bujda.
Moi rodzice zginęli na początku, wiem że tak się stało. Zoey usilnie nie chciała w to wierzyć, ale wiem że miała świadomość że to była ich decyzja. Mój ojciec od dawna był chory, a po zrzuceniu bomby stracił wszelkie nadzieje, że się polepszy. Wszyscy byliśmy dla niego oparciem, aż do czasu gdy musieliśmy się pożegnać. Ojciec nie miał siły, aby uciekać razem z nami z domu - gdzie w naszym obszarze rozprzestrzeniała się zaraza. Matka postanowiła zostać razem z nim, tak jakby nic się nie stało - chciała być do końca przy boku taty. Podziwiałem ją, a ona mi ufała. Między innymi dlatego powierzyła mi Zoey, bo wiedziała że nie pozwolę aby stała się jej krzywda. I właśnie dlatego konieczne było dotarcie do laboratorium, inaczej ofiara Zoey poszłaby na marne. Chciałbym wiedzieć że dobrze zrobiłem. Teraz musiałem iść na przód, po prostu - nie było innej opcji, nie dla mnie.
SAN DIEGO, POCZĄTEK ZIMY
Szedłem przed siebie, z pustym plecakiem na plecach. Wiatr chłostał mi twarz, oczy łzawiły przez panujące zimno, popielata chusta na twarzy ułatwiała oddychanie w tej zawiei, w ostatnich momentach ta nędzna szmatka mi się najbardziej przydawała. Miałem wrażenie że przeszedłem już 3 godziny, a to było zaledwie kilka minut. Już dawno z Zoey straciliśmy orientacje który jest dzień, jaka pora roku, i ile już przeszliśmy kilometrów. Do tej pory nie było okazji żeby się o tym przekonać, a teraz ona nie żyje i muszę radzić sobie sam. Nie mogłem o tym myśleć, bo od razu traciłem nadzieję, a tym właśnie się dopełnialiśmy w "nowym" świecie.
SAN DIEGO, POCZĄTEK ZIMY
Szedłem przed siebie, z pustym plecakiem na plecach. Wiatr chłostał mi twarz, oczy łzawiły przez panujące zimno, popielata chusta na twarzy ułatwiała oddychanie w tej zawiei, w ostatnich momentach ta nędzna szmatka mi się najbardziej przydawała. Miałem wrażenie że przeszedłem już 3 godziny, a to było zaledwie kilka minut. Już dawno z Zoey straciliśmy orientacje który jest dzień, jaka pora roku, i ile już przeszliśmy kilometrów. Do tej pory nie było okazji żeby się o tym przekonać, a teraz ona nie żyje i muszę radzić sobie sam. Nie mogłem o tym myśleć, bo od razu traciłem nadzieję, a tym właśnie się dopełnialiśmy w "nowym" świecie.
Poczułem coś zimnego na twarzy, wpierw myślałem że to moja wymuszona łza. Ale nie, to zupełnie coś innego. Uniosłem głowę ku górze, moim oczom ukazało się wyblakłe niebo z którego spadał deszcz, pomieszany ze śniegiem. To było niemożliwe, nawet nie dostrzegłem gdy klimat się zmienił. Jeśli będzie tak dalej, to śnieg utworzy zaspy, będzie trudno mi się poruszać. Cholera.
Zacisnąłem dłoń na kaburze, nie - nie mogłem tego zrobić. Ogarniała mnie bezwładność, nie chciałem już dalej iść, bo wiedziałem że nie dam rady. Jedyne co było w tym dobrego, to świadomość że w San Diego zimy były łagodne. A może już nie byłem w San Diego? Może znajdowałem się już poza granicą, i wciąż szedłem z tą żałosną myślą?
Zacząłem nucić jakiś kawałek The Raconteurs, ojciec ich uwielbiał. Niemniej powinienem zachować ostrożność, i przede wszystkim być cicho - chciałem uniknąć kolejnego spotkania z psychopatą. to było zbyt wiele jak na ostatnie dni. Bałem się zamknąć oczy, aby znów nie zobaczyć obrazu Zoey, wtedy wszystko inne się nie liczyło. Nigdy nie łączyła nas jakaś mocna więź, ale gdy przyszło nam żyć w postapokaliptycznym świecie wszystko się zmieniło.
A teraz? Kierowałem się instynktem, a mą głowę cały czas zaprzątało jedno pytanie "Czy zobaczę jeszcze żywą duszę, która nie będzie chciała mnie zabić?" Od śmierci profesora nie widziałem nikogo normalnego, każdy teraz walczył o przeżycie, obojętnie czy będzie musiał zabić czy nie. Cywilizacja w San Diego cofnęła się w tył, i nie wiadomo czy to tylko tutaj. Nie chciałem iść z myślą, że się zawiodę.
Spojrzałem na mapę przelotnie, gdzieś na jaj krańcach był zaznaczony małym kółeczkiem drobny punkcik. Wątpiłem jednak czy mam się kierować w tą stronę, zresztą nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Musiałem znaleźć cokolwiek, z czego będę mógł to wywnioskować. Szanse były małe, nawet bardzo małe. Nęciło mnie to, że śnieg z deszczem nie przestaje padać. Zastanawiałem się, czego będzie więcej: czy kałuż i błota, czy zasp. Wolałem to pierwsze, miałem na sobie tylko luźne bojówki, koszulę i buty wojskowe taty, nie wiem czy przeżyłbym chociaż jedną noc na mrozie.
Zacząłem nucić jakiś kawałek The Raconteurs, ojciec ich uwielbiał. Niemniej powinienem zachować ostrożność, i przede wszystkim być cicho - chciałem uniknąć kolejnego spotkania z psychopatą. to było zbyt wiele jak na ostatnie dni. Bałem się zamknąć oczy, aby znów nie zobaczyć obrazu Zoey, wtedy wszystko inne się nie liczyło. Nigdy nie łączyła nas jakaś mocna więź, ale gdy przyszło nam żyć w postapokaliptycznym świecie wszystko się zmieniło.
A teraz? Kierowałem się instynktem, a mą głowę cały czas zaprzątało jedno pytanie "Czy zobaczę jeszcze żywą duszę, która nie będzie chciała mnie zabić?" Od śmierci profesora nie widziałem nikogo normalnego, każdy teraz walczył o przeżycie, obojętnie czy będzie musiał zabić czy nie. Cywilizacja w San Diego cofnęła się w tył, i nie wiadomo czy to tylko tutaj. Nie chciałem iść z myślą, że się zawiodę.
Spojrzałem na mapę przelotnie, gdzieś na jaj krańcach był zaznaczony małym kółeczkiem drobny punkcik. Wątpiłem jednak czy mam się kierować w tą stronę, zresztą nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Musiałem znaleźć cokolwiek, z czego będę mógł to wywnioskować. Szanse były małe, nawet bardzo małe. Nęciło mnie to, że śnieg z deszczem nie przestaje padać. Zastanawiałem się, czego będzie więcej: czy kałuż i błota, czy zasp. Wolałem to pierwsze, miałem na sobie tylko luźne bojówki, koszulę i buty wojskowe taty, nie wiem czy przeżyłbym chociaż jedną noc na mrozie.
I nagle strzał, poczułem przerażający ból - jakby ktoś wyrywał mi po kolei każdy kawałek ciała. Byłem sparaliżowany, przestraszony. Dotknąłem dłonią miejsca które najbardziej mnie bolało, to udo. Uniosłem rękę, była cała w krwi, skapywała na cienką warstwę śniegu. Przyśpieszyłem tępa, albo raczej - zacząłem biec, na tyle ile mogłem. Wlokłem za sobą postrzeloną nogę, adrenalina spowodowała że nawet nie czułem bólu przy szybszych ruchach. Ciężkie buty uniemożliwiały mi energiczniejszy bieg.
Liczyło się tylko jedno;
PRZEŻYĆ.